DZIEŃ OTWARTY
ONLINE

Czy chłopak w wieku szkolnym, może być głodny i może się bać? Raz w roku może! Ale razem z ojcem!

Raz w roku, wiosną, kiedy stopnieją śniegi, wieczorową porą, grupa ojców z synami gromadzi się w lesie nieopodal Grodziska Mazowieckiego, aby razem uczcić rocznicę ucieczki Rotmistrza Pileckiego z obozu w Auschwitz i w miarę możliwości ją odtworzyć. Wydarzenie, co roku anonsowane jest jako „chłopacka przygoda”, ze szczególnym udziałem ojców. Pomysłodawcy kładą nacisk na odwzorowanie szczególnej atmosfery i okoliczności ucieczki Rotmistrza. Uczestnikami są chłopcy ze Szkoły Fundacji Sternik w Pruszkowie ze swoimi ojcami oraz ich znajomi. Uczestnicy mają ze sobą kromkę chleba w kieszeni, trochę wody, latarkę, menażkę i łyżkę. Miejscem spotkania jest polana w lesie, tam czeka na nas obsługa wydarzenia.

Bać się własnego cienia

Stawiamy się o zmroku, wiemy co nas czeka, ale i tak ciarki chodzą po plecach. Zaczynamy od przygotowania zupy „wodzianki”- same warzywa i woda. Warzywa trzeba najpierw obrać i wrzucić do kuchni polowej. Będzie się spokojnie gotowała, podczas gdy uczestnicy pójdą do lasu.

Kilka lat temu prosiliśmy, aby zupę przygotowały mamy, ale okazała się za dobra , za dużo w niej było serca  A to ma być prawdziwa zupa „wojenna”. Za kilka godzin i tak będzie smakować jak najlepszy, niedzielny rosół.

Przed wyruszeniem, odbywa się jeszcze pierwsza część pogadanki o życiu Rotmistrza Pileckiego, przygotowana przez jednego z ojców. Chłopcy muszą jak najwięcej zapamiętać, ta wiedza okaże się bardzo potrzebna. Wypełniamy kenkarty – okupacyjne dowody osobiste. Musimy wymyśleć fikcyjne dane i nauczyć się ich na pamięć. Las patrolują Niemcy, złapanym sprawdzają dokumenty. Wtedy lepiej znać swoje dane!

Wyruszamy w podgrupach, zawsze ojciec z synem. Mamy mapę, musimy dostać się do posterunków partyzanckich i tam się zameldować. Początkowo jest łatwo, spokojnie i cicho. Już ciemno. Przydają się latarki. Chłopaki już mają gęsią skórkę ale ojcowie są blisko. Dostajemy mapy, idziemy w las …

Dochodzimy do leśnej drogi, widać światła samochodu, za nim motocykl. Padamy na ziemię, reflektor niemiecki snuje się po krzakach… chwila bez ruchu … prawie bez oddechu …

Pierwszy raz mój syn złapał mnie tak mocno i kurczowo za rękę. Niemiecki patrol przejechał powoli penetrując las mocnym światłem. Las pomagał, ukrył nas skutecznie w zaroślach. Dla chłopaków to pierwsze spotkanie z Niemcami, dla ojców to pierwsze wbite paznokcie syna w rękę.

Pojechali! Szybko, przez drogę, biegiem – ktoś krzyknął konspiracyjnym szeptem. Przebiegliśmy, za nami jeszcze kilku uciekinierów. Ale ostatnich Niemcy zauważyli! HALT! HALT! – rozniosło się w całym lesie. My znowu na ziemi, znów paznokcie syna wbite w moją rękę, czołgamy się do zarośli …

– Ciekawe, co mama powie na nasze kurtki i spodnie? – słusznie zauważa jakiś chłopak przywracając na chwilę świadomość kolegom. W końcu błoto jest realne.

Jakie to musiało być straszne przeżycie, uciekać z obozu, ścigać się ze śmiercią. Bać się każdego cienia, nawet własnego …

Błąd mógł kosztować życie

Patrol ranił i aresztował dwójkę uciekinierów. Postrzał okazał się celny i głęboki na tyle, że odesłali ich do szpitala polowego. Tam będą opatrzeni i wrócą do gry. Dla pozostałych pojawia się szansa na dalszą ucieczkę. Biegniemy. W oddali widać zielone światełko, to punkt partyzancki. Jest bliżej niż myślałem, a może to my tak szybko biegniemy.

– Stój! Kto idzie?!

– Polacy! – odpowiedział ktoś za nami. Nie byliśmy sami.

Uff, trafiliśmy dobrze. To pierwszy z czterech posterunków. Jeszcze tylko kilka pytań z życiorysu Rotmistrza i chwila odpoczynku. Udało się. Na znak zaliczenia pierwszej próby, dostajemy cyfrę „4” na rękę. Pierwsza cyfra z numeru obozowego Rotmistrza. Do zdobycia mamy jeszcze trzy.

Rzut oka na mapę i dalej w las. Dukty ciągną się aż do grobli, tam mamy dojść. Ale patrole niemieckie są coraz lepiej ukryte. Mamy wrażenie jakby ktoś nas ciągle obserwował. Nie powiem, bardzo ciekawe uczucie i to nie wirtualne, ale faktyczne, niepokojące.  Nie da się zasłonić kartką kamerki w laptopie … to wrażenie będzie nam towarzyszyć aż do wyjścia z lasu.

Jest zimno, zaczyna padać deszcz … jego dźwięk miesza się z odgłosami motocykla patrolowego w oddali … deszcz nie pomaga. Ale za to księżyc schował się za chmury, jest ciemno. To dobrze, nie widać nas.

Co on wtedy myślał? Jego ucieczka nie była zabawą. Zagrożenie było rzeczywiste, a błąd mógł kosztować życie.

Dobrze, że jesteśmy razem, tato.

Wracamy na szlak, skradamy się chyłkiem, mokrzy, zmarznięci, zaczynają boleć plecy. Oczy męczą się od wypatrywania zwisających gałęzi i podejrzanych kształtów. Latarki używamy rzadko.

– Tato, w zasadzie, to, po co my tu jesteśmy? – pyta – mam mokro w butach, jest mi zimno, jestem głodny i … boję się. Co będzie jak nas złapią? Czy możemy już wracać? Chleb mi zawilgotniał w kieszeni.

Sto pytań kłębi się w głowie, pojawiają się wątpliwości. Może faktycznie lepiej wracać, a może jeszcze chwilę, jeszcze jeden punkt partyzancki?

Rzeczywiście, ręce ma mokre i zimne. Przeziębi się, nie pójdzie do szkoły, w domu będzie draka i jeszcze te spodnie, i kurtka. Dobrze, że jutro sobota …

– Idziemy dalej, nie ma co marudzić synu. Pomyśl, że Rotmistrz też tak uciekał – mówię na głos, żeby samemu to usłyszeć.

Nagle, spostrzegamy coś dziwnego. Zza drzew, jasne światło ognia odbijającego się w wodzie. To ognisko, ktoś pali ognisko na grobli. Jak to dobrze, będzie można się ogrzać, trochę wyschnąć. Tylko kto jest taki śmiały, żeby teraz na środku stawu palić ogień. Widać też zielone światełko, to nasi, partyzanci, drugi posterunek, do którego idziemy. Jeszcze tylko kilka pytań i będzie chwila oddechu w wolnym od niemieckich patroli miejscu. Jest jeszcze coś, co robi największe wrażenie, biało-czerwona flaga. Dobrze, że jest na tyle ciemno, że nie widać moich oczu.

Na widok ognia wzmaga się głód. Zapach palonych patyków przywołuje smak pieczonego chleba.

– Boisz się?

– Trochę, ale dobrze, że jesteśmy razem tato.

– A jesteś głody?

– Coraz bardziej …

Dostajemy na rękę kolejną cyfrę. Czas w drogę, jeszcze dwa punkty, jeszcze dwie cyfry. Zbliża się godzina 23. Mamy czas do 24.

Potem partyzanci zwijają swoje punkty. Musimy zdążyć. Wciąż słychać niemieckie komendy, samochód i motocykl. Większość uciekinierów miała już kontakt z patrolami niemieckimi.

Ostrożnie, z mapą w ręku, wchodzimy w mrok. Ale tym razem nie uszliśmy daleko.

Poczułem coś zimnego w okolicy ucha, lekkie szarpnięcie … Zgubiłem rękę syna …

 

Szpital

– HALT! Usłyszałem tuż za sobą. Wcale nie głośne, ale wyraźne, przeszywające.

Nie skończyłem myśli. Światło latarki oślepiło mnie. Straciłem orientację. Trzy postacie, jeden trzymał mnie na muszce, drugi sprawdzał nasze dokumenty. Trzeci stał dalej, obserwował nas.

Przypomniałem sobie, że przecież mój syn ma ze sobą opaskę partyzancką, biało-czerwoną, którą musi przenieść do ostatniej bazy. Patrol też to wiedział. Zaczęli przeszukiwanie. Najpierw mnie, potem chłopaka. Jego dokładniej, wiedzą, że może coś ukrywać. Czapka, ręce, tułów, pasek, nogi. Czysto. Nie znaleźli. Oczy chłopaka zdawały się błyszczeć, ale nic nie mówił. Myślę, że mógł uciekać, ale nie chciał mnie zostawiać. Zaczęło się sprawdzanie dokumentów. Uważałem, że dobrze nauczyłem się swoich danych, ale z lufą przy głowie i latarką w oczy … pomyliłem się. A to przecież tylko zabawa. Zabawa?

– A więc gdzie się urodziłeś? W Mieliźnie?? A tu jest co innego napisane … Jak to rozumieć?

– Mieliźnie? Jakiej Mieliźnie? Ja powiedziałem Mielizna?? Nie no to faktycznie jakaś pomyłka – próbowałem bagatelizować.

– A więc gdzie się urodziłeś? Coś kręcisz!! – krzyknął – trzymaj chłopaka! – wydał rozkaz koledze.

– Tata! – odruchowo wystraszył się maluch.

– Urodziłem się w Milanówku. Nie wiem skąd mi do głowy przyszła ta MIELIZNA.

– Nie wiesz? To ja Ci powiem skąd. – jego nos prawie dotknął mojego czoła – To jest Wasza placówka, to jest Wasz kryptonim! Jesteście aresztowani!!!

No ładnie, pomyślałem. Ciekawe co teraz?

– W ramach sankcji zostajecie ranni, obydwaj!

Nie chciałem protestować. Wolałem już skończyć to przesłuchanie. Wiedziałem, że i dla mnie i dla syna nie było to miłe spotkanie.

Kazali mi wyciągnąć rękę. Dostałem czerwony znak na nadgarstku.

– Jesteście wyłączeni z gry! Idziecie do szpitala! Tam!! – pokazał kierunek.

Uff. Pomyślałem, że to dobrze, że już koniec tej dziwnej sytuacji.

Idziemy do szpitala. W zasadzie prawie biegniemy, ni to żeby się rozgrzać, ni to żeby dalej od nich.

Szpital był najciekawszym miejscem, jakiego można spodziewać się w środku lasu. Było światło, namiot medyczny, leżanka, obsługa sanitariuszy, którzy wypatrywali kolejnych rannych. Ogniska, duże prześcieradło rozwieszone między drzewami. Nawet projektor.

Zrobili nam opatrunki, odpytali z życiorysu Rotmistrza. Dostaliśmy kolejną cyfrę na rękę.

Usiedliśmy spokojnie przy ognisku, żeby się ogrzać i nieco przeschnąć.

Na prześcieradle-ekranie rozpoczęła się projekcja filmu. Zapadła cisza. Chłopaki wyciągnęli z kieszeni swoje kromki chleba. Widać, że smakowały jak nigdy. Ci, którzy nie wzięli ze sobą mogli liczyć na życzliwość kolegów. Piękny widok.

To był szpital, enklawa spokoju i bezpieczeństwa w lesie. Nie wiedziałem, że tak można myśleć o szpitalu. Ale może właśnie tym był w czasie wojny? Namiastką wolności za cierpienie.

 

Rosół

Ruszamy dalej. Jeszcze tylko jeden punkt i baza. Znów czuję rękę mojego syna, idziemy przez zarośla jak wcześniej. Musimy być cicho, więc nie zadaję zbędnych pytań, ale strasznie jestem ciekaw, gdzie ukrył biało-czerwoną opaskę. Jeśli tam, gdzie myślę, to znaczy, że jego desperacja była duża i wziął sobie do serca zasady gry.

Tym razem bardzo sprawnie doszliśmy do czwartego punktu. Niemcy skoncentrowali się na innym fragmencie lasu. Kilka prostych pytań, ostatnia cyfra na rękę. Mamy komplet. Jeszcze tylko ostatnie pytanie, czy dobrze idziemy i w drogę do bazy. Tam czeka ognisko, zupa i przede wszystkim nie ma tam Niemców. Ostatnie metry przed drogą ograniczającą pole działań patroli. Syn raptownie łapie mnie za rękę, znów trafił paznokciami w tę samą ranę. Zatrzymujemy się czujnie. Na ziemię. Mieliśmy szczęście. Patrol pieszy, prawie niewidoczny i całkiem cichy. To on ich wypatrzył. Musimy zaczekać aż przejdą. Chwila nieuwagi i znów musielibyśmy przeżywać kontrolę, przeszukanie, a może i szpital.

Skąd mi do głowy przyszła ta Mielizna. Nie znam takiej miejscowości, mielizna, hmmmm …

Dobra, potem się zastanowię. Musimy przedostać się przez drogę.

Dochodzi godzina 23:30. Zaraz koniec gry. Teraz ja też czuję głód i chłód, zwłaszcza w mokrych butach. Jak ja się rozłożę na grypę, to dopiero będzie draka.

Przebiegam przez drogę, ciągnięty za rękę przez syna. Nie ma to jak młode oczy i uszy. Tym razem on podjął dobrą decyzję.

Już widać ognisko, już słychać naszych. Jest ich coraz więcej, krzątają się przy kuchni polowej, zajadają zupę „wodziankę”, która w ciągu ostatnich kilku godzin przegotowała się w najlepszy rosół. Niektórzy cieszą się na widok kartofla czy marchewki, inni proszą o dolewkę, ale taką z dna.

Spocznij, rozejść się.

Kiedy już wszyscy wrócili i zjedli, gromadzimy się przy ognisku. Jest też flaga z partyzantami z grobli, przyszli wszyscy uczestnicy gry. Dochodzi godzina 24:00. Organizatorzy proszą o skupienie.

Do hymnu! – pada komenda

„Jeszcze Polska nie zginęła, kiedy my żyjemy” – zaintonował jeden z ojców. Flaga idzie wysoko w górę, czapki z głów, nogi same się prostują. Coraz głośniejszy śpiew roznosi się daleko w las. Nie patrzymy sobie w oczy, wiadomo, że błyszczą od ogniska.

Czy tak wyglądała Rzeczpospolita Kampinoska? Skrawek Polski w głębokim lesie? Czy tak śpiewały brygady wileńskie na kresach? Czy tak uczył Rotmistrz swojego syna, w lesie obok domu w Sukurczach?

Ciarki przechodzą, ale nie z zimna …

– Akcję, Ucieczka Pileckiego uważam za zakończoną, spocznij, rozejść się! – pada ostatnia komenda.

 

Post scriptum

Czy wrócą? Bo on raczej nie.

Któregoś roku udało się zaprosić na nasze wydarzenie, gościa szczególnego. Pana Andrzeja Pileckiego, syna Rotmistrza. Pogodny starszy pan, długo opowiadał o ojcu, przed sporą widownią. Wspominał tatę, zatrzymywał głos. Nie wszystkie zdania skończył. Wszyscy wiedzieliśmy, dlaczego.

Potem miałem okazję odwieźć go do domu. Jechaliśmy powoli w ciszy, oświetlając uciekinierów kierujących się do swoich samochodów. W końcu przerwał milczenie.

– Odsłaniałem pomniki, otwierałem szkoły imienia mojego ojca, ulice, ronda, ale nigdzie nie spotkałem takiej akcji. – zamilkł.

Ujechaliśmy znowu parę metrów oświetlając pobrudzone buty i kurtki uciekinierów. Jechaliśmy powoli.

– Byłem w takim wieku jak oni, gdy ostatni raz widziałem ojca. – Machnął ręką.- I całe życie na niego czekam i chyba się nie doczekam, a strasznie tęsknię – zamilkł.

Wyjechaliśmy z lasu, odwrócił się.

Spojrzałem w lusterko, widziałem dziesiątki migoczących radośnie, nieświadomych latarek.

– Wrócą tu za rok? – zapytał z naiwnością dziecka.

– Wrócą, Panie Andrzeju wrócą. Przyjdą nowi, starsi pójdą w świat.

– To dobrze. To dobrze. Bo on raczej nie … – przerwał, żeby przełknąć ślinę.

Dalej jechaliśmy w ciszy…

Tato?

Czy braliśmy udział w czymś śmiesznym?

Czy poważnym? Czy to nie przesada?

Po co to wszystko?

Wariaci, pomyślałem o sobie i wszystkich uczestnikach.

– Ciekawe, co mama powie na moją ranę? – powiedział syn z uśmiechem. Szedł zmęczony, upaprany, ale przytomnie myślący.

– Tato, a w zasadzie, po co on tam do tego obozu poszedł? Przecież miał dzieci. Czy ty też byś tak zrobił?

– Tato?

– Tato?!

Na szczęście doszliśmy do ciepłego, jasnego i suchego domu pachnącego, a jakże, piątkową zupą warzywną … z sercem.

A.Wilski

 

 

 

Witold Pilecki – rotmistrz kawalerii Wojska Polskiego, współzałożyciel Tajnej Armii Polskiej, żołnierz Armii Krajowej, więzień i organizator ruchu oporu w KL Auschwitz. W nocy z 26 na 27 kwietnia 1943 wraz z dwoma współwięźniami zdołał uciec z obozu. Autor raportów o Holocauście, tzw. Raportów Pileckiego. Oskarżony i skazany przez władze komunistyczne Polski Ludowej na karę śmierci, stracony w 1948. Unieważnienie wyroku nastąpiło w 1990[3]. Pośmiertnie, w 2006 otrzymał Order Orła Białego.

 

 

 

Start typing and press Enter to search